Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
                                                      " Życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać..."     


- 2 z 9 -

      Następnego dnia (27.06.2009) ok. 15 przekraczamy granicę Ukraińsko-Rosyjską. Poszło bez zgrzytu. W stacji docelowej mamy być na 17:15 i tak też jesteśmy, ale nie w Rostovie tylko w Pierwomańsku. I jak tu dogadać się z "tubylcami", skoro my ni w ząb rosyjskiego, a oni ani polskiego ani angielskiego. Po zawiłych tłumaczeniach "na migi" okazało się, że jesteśmy na przedmieściach Rostova i do dworca głównego (golowy wogzał) trzeba jechać busem (rosyjską gazelą). W końcu jesteśmy na dworcu. Po drodze poznaliśmy przyjaznych, podchmielonych młodych Rosjan. Spoko, mamy pociąg do Mineralnych Vód, o 23:25, ale gdzie rozmienić dolary na ruble. Idziemy do taksiarzy, podobno oni wiedzą wszystko - rzeczywiście wiedzą:) Rozmieniamy, po niezbyt korzystnym kursie, 2800 rubli za 100 dolarów. Mamy kasę, kupujemy bilety. I jeszcze drobne zakupy na dworcu i jedziemy. W Mineralnych Vodach jesteśmy na 6:30 (28.06.2009), i zaraz po wyjściu z pociągu zagaja nas koleś, który chce nas zawieźć do Terskola. Dobrze, że trafili się młodzi Rosjanie, którzy dobrze mówili po angielsku i dogadaliśmy się co do transportu. Stwierdziliśmy, że musimy jechać najpierw, do Nalczika, a później do Terskola. W Nalcziku mieliśmy załatwić meldunek. Oczywiście nie załatwiliśmy nic, bo była niedziela. W drodze do Treskola podziwialiśmy ładne widoki i dziwiliśmy się ilością milicji na drogach i luzem biegającego bydła - coś niesamowitego. Podziwialiśmy również rosyjską "architekturę".













Po południu dojechaliśmy na miejsce. Na nasze szczęście znaleźliśmy obóz rosyjskich alpinistów, którzy budują schronisko w siodle pomiędzy wschodnim i zachodnim wierzchołkiem Elbrusa, na wysokości 5300m. Rozbiliśmy namioty, i zaczęliśmy zwiedzać okolicę.







Rosjanie, którzy dobrze mówili po angielsku, pokazali nam gdzie można wziąć prysznic - jakiś dom za 50 rubli od osoby, no i zaczęliśmy się integrować z nimi.





Została sprawa meldunku, którego należy dokonać w 3 dni od przekroczenia rosyjskiej granicy. Gdzieś wyczytaliśmy, że można to zrobić na poczcie. I taki mieliśmy plan na poniedziałek rano (plus rozmienienie pieniędzy). Ponadto poinformowali nas o krowach, które jedzą wszystko, co zostawi się poza namiotem. 29.06.2009 rano budzi mnie dziwny ryk. Hmm, coś jak łoś, ale myślę sobie, że tu nie ma łosi - raczej. No to może niedźwiedź? Ze strachem uchylam powolutku namiot i co ukazuje się moim oczom...



krowa buszująca w śmietniku. No tak, przecież mówili nam o krowach. Ze spokojem jeszcze zasypiam. Ok. 9 rano rzeczywiście dokonaliśmy meldunku na poczcie, więc nie trzeba było jechać do Nalczika. W sumie to pani na poczcie nie bardzo chciała to zrobić - coś mówiła o hotelu, że trzeba mieć zameldowanie, ale udaliśmy, że nie rozumiemy. Potem gdzieś zadzwoniła, wpisała jakiś adres na świstkach i skroiła nas na 1000 rubli (mamy meldunek!). Nawiasem mówiąc w Nalcziku załatwia się pozwolenie na poruszanie się w strefie przygranicznej, ale jeśli nie wybierasz się do Doliny Bezingi to nie potrzebujesz go. Później rozmieniliśmy dolary po korzystniejszym kursie niż w Rostowie, poszliśmy na zakupu i rozglądnęliśmy się jeszcze po okolicy.







1   2   3   4   5   6   7   8   9  

Relacje (dział główny)



Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
Copyright 2009 www.lagozny.pl   Łagożny Łukasz