Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
                                                      " Życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać..."     


- 1 z 9 -

      Można byłoby napisać, że pojechaliśmy, zdobyliśmy i wróciliśmy. Ale wszystko to wymagało nieco więcej organizacji. A więc po kolei. Pewnego listopadowego wieczoru postanowiłem poszukać przez Internet ekipy na wyjazd w Alpy. Los jednak chciał inaczej i tak oto poznałem Piotrka, który szukał składu na Elbrus. W ten sposób wspólny wypad w Tatry zimą zaowocował pięcioosobowym zespołem: ja (Sanok), Piotrek (Łódź), Łukasz (Łódź) - dalej jako Glaza, Michał (Rzeszów) oraz Dorota (Warszawa). Później wizy i inne formalności i w końcu 26.06.2009r ok. 7 rano spotykamy się w Przemyślu. Plan prosty. Do granicy busem, przez granicę na nogach i do Lwowa marszrutą (takim ukraińskim busem). Teoretycznie pięknie - przynajmniej do granicy. Po minięciu polskiego okienka wypełniamy ukraińskie papierki - oczywiście źle, o czym informuje nas średnio przyjemna pani. W czasie gdy my wypełniamy na przejście nadciągają tłumy - grupa Niemców, kolonia ukraińska i mnóstwo "mrówek". Przy tym całym zamieszaniu o mało nie złamano mi ręki, która zaklinowała się w kratach. Tłum napierał na nas, a my mieliśmy na sobie trzydziestokilowe plecaki. Jakimś sposobem przedostaliśmy się na Ukrainę (po 2 godzinach). Jest marszruta, wsiadamy płacimy po 14 hrywni i jedziemy. W busie widnieje duży zabawny napis: "apteczka u wodza". Tak mnie to rozbawiło, że chciałem zrobić zdjęcie, a tu psikus - popsuł się aparat - i to jedyny sprzęt do nagrywania filmów. Zdjęcia nie zrobiłem i przekazałem smutną informację reszcie - nie będziemy mieć filmików z wyprawy. Taka pierwsza kłoda. Wyboistą drogą dojechaliśmy do Lwowa. Idziemy na dworzec (PKP). Tam znowu niezbyt przyjemni ludzie w informacji i kasach, ale kupujemy bilety typu plackarta do Rostowa nad Donem (już w Rosji).



Odjazd 15:34. Trochę nurtuje nas napis na biletach Lwów- Pierwomańsk, ale skoro pani w kasie mówiła, że Rostov to tak jest. Staramy się tym nie przejmować. Kupujemy mapę Ukrainy żeby wiedzieć gdzie jesteśmy i wsiadamy do pociągu. Plackarta jest bardzo specyficznym "otwartym" wagonem sypialnym, w którym mieści się pokaźna ilość osób. Miła pani odpowiedzialna za porządek w wagonie daje nam pościel.







Drogę umilają nam gry w karty - najlepsza gra jest w Pana od dwójek :). Karty pomagają choć trochę zapomnieć o doskwierającym upale. Wieczorem śmiejemy się z Dorotą, żeby bardzo nie wiercić się na łóżkach, bo śpimy na pięterku i moglibyśmy potłuc się spadając z góry, ale Dorotka uspokaja mnie mówiąc, że ostatni raz spadła z łóżka mając 3 lata, więc będzie dobrze. W dobrych nastrojach zasypiamy. Ok. 0:30 budzi mnie łomot. Zaspany pomyślałem, że spadłem z łóżka, ale sprawdzam - jestem cały, natomiast Dorota leży na dole i właśnie podnosi ją jakiś Rosjanin. Wyglądało groźnie, ale został "malutki" siniaczek (foto zrobione już pod Elbrusem).





1   2   3   4   5   6   7   8   9  

Relacje (dział główny)



Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
Copyright 2009 www.lagozny.pl   Łagożny Łukasz