Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
                                                      " Życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać..."     


1 z 8


Aconcagua 6962m n.p.m. ; 03-26.02.2010

     



      Jeszcze będąc w Rosji pojawiły się pierwsze myśli, gdzie dalej... Pierwsze pomysły sugerowały McKinley, Kilimandżaro lub Aconcaguę. Ostatecznie zdecydowałem, że to będzie Aconcagua. Napisałem na kilku forach internetowych, że poszukuję składu na wyprawę, i tak zaczęły napływać pierwsze wiadomości. Był sierpień 2009r. -a więc można powiedzieć "początek" wyprawy. Mijały dni i miesiące, podczas których organizowaliśmy patronaty medialne, sponsorów oraz całą otoczkę organizacyjną. Niepostrzeżenie zbliżył się termin wylotu: 03.02.2010.

03.02


      Dotarłem na lotnisko w Warszawie z nadzieją, że loty nie będą odwołane z powodu opadów śniegu, tak ja to miało miejsce kilka dni wcześniej. Na lotnisku byłem pierwszy - miałem zapas, bo do Warszawy mam ok. 400km i nic nie wiadomo, co się stanie podczas drogi. Ale dojechałem bez problemów. Po chwili dojechał Seba, później Michał i Grzesiek (dalej jako Żaba) oraz Janek.



Zaczęliśmy ważyć i przepakowywać rzeczy, tak, aby nikt nie zapłacił nadbagażu. Każdy z nas miał ponad przepisowe 23kg, ale tylko Michał zapłacił za nadbagaż, (chociaż my woleliśmy mówić, że to łapówka za... o tym napiszę później). Weszliśmy na pokład A320'tki. Lot Warszawa-Madryt. Lot przebiegłby bez najmniejszego problemu gdyby nie... poród na pokładzie. Dziecko, co prawda nie przyszło na świat, ale zamieszanie było i tak spore. Wylądowaliśmy w Madrycie, najpierw weszły służby do kobiety, a później mogliśmy wyjść my. Mieliśmy 6h do odlotu następnego samolotu. Postanowiliśmy ekspresowo zwidzieć centrum Madrytu. Pojechaliśmy więc metrem i przez pół godziny chodziliśmy po centrum. Miasto ładne, czyste i dużo policji.









Wracamy na lotnisko. Już po przekroczeniu pierwszych bramek udajemy się do kontroli, gdzie okazuje się, że Michał zgubił paszport. Nerwówka... znajdzie czy nie. Ufff... Udało się. Tuż przed odlotem przybiega spocony, ale z paszportem w ręce, okazało się, że zgubił go przy pierwszej kontroli. No to już nic nie może nas zatrzymać. Wsiadamy w komplecie do samolotu do Chile (Santiago). Wchodzi Janek, Żaba, Seba, ja i Michał na końcu. Zajęliśmy swoje miejsca, ale nie ma Michała, a na jego miejscu zasiada jakiś gość. Hmm, o co chodzi? Wszyscy weszli, a Michała nie ma. Zamykają drzwi do samolotu, jego dalej nie ma. Idzie Seba zobaczyć, co się dzieje. Mówi stewardessie, że brakuje naszego kolegi, a ona mu na to, że są wszyscy. Seba dzwoni do Michała, jest sygnał... "Halo, Michał gdzie jesteś...??" "Eee, nie wiem jak to się stało, ale jestem w biznes klasie..." I tak oto Michał leciał sobie w biznes klasie przez 12h, doszliśmy więc do wniosku, że te 100zł niby nadbagażu w Warszawie to była łapówka na poczet lepszego podróżowania? Okazało się, że miejsce Michała zostało sprzedane innej osobie, a on przeszedł tym samym do biznes klasy. Nasz Airbus A340 oderwał się od ziemi i zaczęliśmy lot na inny kontynent.

04.02


      Po wschodzie słońca byliśmy już nad Ameryka Południową. Później piękny widok z góry na Andy i w końcu lądowanie.





Chile nie przywitało nas bardzo gościnnie. Po pierwsze, spotkaliśmy 3 osoby z naszej ekipy, które już powinny być w drodze do Mendozy, a czekali... na swoje zagubione bagaże. Lecieli do Santiago z przesiadką w Miami. Bagaże doleciały następnym lotem, ale kosztowało to trochę nerwów. Kiedy już chcieliśmy opuszczać lotnisko, pies wyczuł coś w jednym z plecaków podręcznych. Okazało się, że nie był to pies szukający narkotyków, a pies specjalnie szkolony do szukania owoców. No, więc w tym plecaku były dwie skórki z bananów, które skutecznie opóźniły nasz wyjazd z lotniska o 3 godziny. Tłumaczenia, gdzie, skąd, po co i jak - wszystkie pytania dotyczące owych dwóch skórek, mnóstwo dokumentów do podpisania i w końcu "wolność". Jak się później okazało Chilijczycy są bardzo uczuleni na wwożenie jakichkolwiek owoców, bo boją się jakiejś europejskiej odmiany muszek, która może zrujnować ich pokaźne plantacje owoców. Na lotnisku wynajęliśmy busa, aby nas zawiózł na dworzec autobusowy.





Proponowano nam od razu wyjazd do Mendozy tym busem, ale stwierdziliśmy, że mamy czas i możemy pojechać autobusem. Przywieziono nas na dworzec. Kilka osób zostało przy bagażach, inni poszli załatwiać bilety a jeszcze inni po zapas wody - było bardzo gorąco. Zostaliśmy wyrwani z zimowej Polski i przylecieliśmy do Santiago gdzie było ok. 35 stopni ciepła. W międzyczasie skradziono nam jeden podręczny plecak z dużą zawartością elektroniki w środku - poszukiwania nie przyniosły żadnego efektu. Zastanowiło nas to, że na dworcu stoi cały czas bus, którym przyjechaliśmy. Co się okazało? Na dworcu niesamowita zmowa, wszyscy przewoźnicy i sprzedający bilety jednogłośnie oznajmiali, że nie ma biletów do Mendozy na kolejne dwa dni, a nasza "jedyna" szansa na dostanie się tam to owy bus, który był nam proponowany na początku. Nie mieliśmy innego wyjścia jak wynajęcie "na siłę" busa. Jak później się dowiedzieliśmy było nieznacznie drożej od autobusu, ale za to wygodnie i na granicy Chilijsko-Argentyńskiej kierowca załatwił wszystko. Na początku obawialiśmy się kontroli, bo mieliśmy jeszcze nieskonfiskowane jedzenie z Polski, ale zapłaciliśmy 10$ i nie musieliśmy nawet wysiadać z busa.







Do Mendozy dojechaliśmy około północy, kierowca zawiózł nas prosto pod hostel, (o którym czytaliśmy jeszcze w Polsce dobre opinie). Okazało się, że nie ma wolnych miejsc, ale zaproponowano nam nocleg na dachu. Nie ukrywam, że początkowo zdziwiliśmy się i myśleliśmy, że to jakiś żart, ale nie. Nocleg na dachu to był strzał w 10. W nocy było cieplutko, nie trzeba było wyciągać śpiworów (temperatura w nocy ok. 20-25 stopni).


1   2   3   4   5   6   7   8  

Relacje (dział główny)






Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
Copyright 2009 www.lagozny.pl   Łagożny Łukasz