Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt
                                                   " Życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać..."     



Kilimanjaro / Kilimandżaro 2013
czyli w drodze po piątą perłę...

Wyprawa na Kilimandżaro odbyła się w ramach naszego projektu Góry Marzeń



SPONSORZY:















PATRONAT MEDIALNY:













Od czego tu zacząć.

Kili nie było planem na ten rok, tylko wyjazd w Pamir, gdzie głównym celem miał być Pik Komunizma. Jednak wydarzenia na polskiej arenie wspinaczki wysokogórskiej i inne w górach niższych spowodowały, że wybrałem właśnie Kilimandżaro. Do wyjazdu w góry (nie wiedząc jeszcze, że będzie to Kili) przygotowywałem się już od grudnia 2012, czego testem miał być udział w Biegu Rzeźnika. Bieg poszedł nam bardzo dobrze - ze względu na bezpieczeństwo biegnie się w parach. Niespełna 80km trasę z kolegą pokonaliśmy w 11:59:45 zajmując 57 miejsce na ponad 400 startujących ekip - była moc. W między czasie załatwiałem wszystko co było związane z wyprawą - szczepienia, tabletki na malarię, patronat i sponsorów. Wraz z Marcinem Helakiem, z którym realizujemy projekt Góry Marzeń (www.gorymarzen.pl) nawiązaliśmy współpracę ze Zbyszkiem Bąkiem (www.homohibernatus.eu) i podłączyłem się do wyjazdu organizowanego przez niego z Homohibernatusa. Padł termin 15.08.2013-30.08.2013. No więc karta urlopowa i do dzieła. Czas do wyjazdu minął bardzo szybko.

15.08.2013 Spotkałem się ze wszystkimi na lotnisku o 10 właśnie 15 sierpnia. Był już tam Krzysiek Wieczorek z małżeństwem Justyną i Ernestem Tetkowskimi. Po chwili dołączył Zbyszek Bąk i Mirosław Maślanka. Odprawa i zasuwamy do samolotu. Pierwszy lot do Doha w Katarze, tam 7h oczekiwania na przesiadkę i dalej do Nairobi w Kenii. Dech w piersiach zapierały widoki sztucznych wysp w różnych kształtach - myślałem, że takie są tylko w Dubaju.











Lot minął bezproblemowo, a po wylądowaniu w Katarze ciepłe (gorące) powietrze wręcz wbiło nas w ziemię. Było bardzo gorąco i gdyby nie wszechobecna klimatyzacja byłoby bardzo ciężko.





16.08.2013 W Nairobi wylądowaliśmy ok. 7 rano. Przyjęto nas w namiotach, bo kilka dni wcześniej spalił się terminal. Co nas zaskoczyło to fakt, że nie było gorąco, a przecież byliśmy już w Afryce - jak się później okaże nie jest tam wcale upalnie. Odprawa paszportowa, 50$ za wizę i jesteśmy w Kenii.





Międzynarodowego busa do Moshi w Tanzanii (przez Arusha) złapaliśmy od razu. Zaskoczył nas wszechobecny nieład i brud (aby nie napisać syf na ulicach), widać było wszechobecną biedę. Bez problemów dojechaliśmy na granicę Kenia/Tanzania, gdzie po odprawie i zakupie wizy (kolejne 50$) siedzieliśmy z powrotem w busie. W Moshi czekał już na nas następny transport - właściciela firmy przewodnickiej.























Trzeba zaznaczyć, że na szczyt nie można iść samemu. Trzeba wynająć licencjonowaną firmę, obowiązkowo tragarzy, kucharza i przewodników. Na nas sześcioro przypadło 19 (!) osób do pomocy. Pierwszy raz nie niosłem swojego dużego plecaka na plecach, a codziennie miałem go przy sobie. Za usługę taką państwo zabiera ok. 1300$ od osoby, a tragarze, kucharz i przewodnicy dostają tak zwane napiwki od nas dodatkowo ok. 120$ od osoby - i to jest ich zarobek do podziału według "ważności", czyli przewodnik, kucharz, tragarz. Wiem, że tragarz za 6 dni noszenia jedzenia, plecaków i innych potrzebnych rzeczy (trzeba dodać, że noszenia w górach wysokich) zarobił 20$!

17.08.2013 Po noclegu (super kolacji i spacerze z samego rana) w domku turystycznym właściciela firmy, praktycznie u bram parku, ruszyliśmy w drogę przez wioskę. Oczywiście wszędzie dzieci, które czekają na "coś słodkiego". Dnia poprzedniego rozdaliśmy trochę przyborów szkolnych, które cieszyły się bardzo dużym wzięciem wśród dzieciaków. Po 20 minutach byliśmy przy wejściu na trasę.

























Jeszcze tylko formalności i już wita nas napis Starting Point Marangu Route.





No to w drogę do obozu 1 przez las deszczowy. Ogólnie jest bardzo mało ludzi na szlaku.









W cenie mamy serwowany lunch podczas wędrówki. Było dla mnie dużym zaskoczeniem to, że nie muszę gotować ani targać jedzenia. Coś niesamowitego, choć obniża to trochę rangę góry - robi się typowo turystyczna, co można zauważyć bardzo szybko dochodząc do obozu 1. Zamiast w namiotach, śpimy w drewnianych chatkach. Trzeba mieć tylko swój śpiwór. Po rozpakowaniu wybieramy się na szybki rekonesans i widzimy pierwsze małpy skaczące po drzewach.



Piękny widok. Dalej aby nie tracić czasu idziemy z przewodnikami na aklimatyzację - krater Maundi.







Wracamy na kolację i do ŁÓŻEK.









18.08.2013 Rano pobudka przez portera, herbatka



i dalej w drogę, dzisiaj idziemy do obozu 2. Droga bardzo ładna, wychodzimy ponad linię lasu. Wszędzie pomarańczowo - czerwona spalona słońcem ziemia i widoki po pożarze. W dole chmury, a wysoko na niebie góruje Kili zasypane śniegiem. Robimy setki zdjęć.















Po kilku godzinach dochodzimy do obozu 2 - Horombo 3720m n.p.m., gdzie rejestrujemy się i dostajemy... domek :) . Tego dnia okoliczne rozeznanie terenu i odpoczynek. Kolejny dzień jest przeznaczony na aklimatyzację.







W nocy wychodzę jeszcze na fotki - szkoda, że zdjęcia nie oddają piękna (góra w blasku księżyca).





19.08.2013 Wstajemy później niż zazwyczaj bo ok 7:30, śniadanko i wyjście aklimatyzacyjne do Zebra Rocks. Krajobrazy powalają na kolana. Zresztą sam nasz cel również. Skały przypominają swą barwą zebrę. Później jeszcze wyjście ponad skały zebry i relaks, leżakujemy ponad pół godziny delektując się widokami i rozrzedzonym powietrzem.















Wracamy na jedzonko i nocleg do dwójki. Noce dość zimne. Pomimo tego, że nocujemy w domku i jesteśmy na niespełna 4000m, to temperatura w środku spada do 3 stopni, na zewnątrz jest na minusie - i to jest Afryka???

20.08.2013 Wstajemy, podziwiam piękny wschód słońca,







herbatka, śniadanko i w drogę do trójki. Dzisiaj trzeba iść spokojnie, nie przepalić się, bo tej nocy będzie atak szczytowy - ok. północy. Idzie się bardzo dobrze. Co chwilę hello, hi lub dżambo (cześć w języku Suahili). Kili coraz bliżej.









Po kilku godzinach dochodzimy do trójki na 4750m n.p.m. - Kibo Hut. Meldunek, fotki,













jedzonko i do łóżek o 18 - każdy z zamiarem spania, bo pobudka o 23:00. Niestety nie mogłem zmrużyć oka, po prostu nie zmęczyłem się za wiele tego dnia. Samopoczucie rewelacja.

21.08.2013 O północy na szlak wychodzimy wszyscy, za wyjątkiem Zbyszka, który już tam był wiele razy. Towarzyszy nam trójka przewodników, którzy nadają bardzo, bardzo wolne tempo. Później okazuje się, że jest ono idealne. Temperatura -10 stopni, ale silny wiatr potęguje odczucie zimna do -20. Już po 1h marszu zakładam dodatkowy puch pod kurtkę i zaczynam żałować, że nie wziąłem dodatkowych kalesonów, które zostawiłem w Kibo - kurde jak zimno... Afryka.





Kominiarka na nos i w górę. Każdy walczy ze sobą, w drugiej kolejności z górą. Idzie się dobrze. O 5 jesteśmy na Gilman’s Point - w oddali widać szczyt -jeszcze kawał drogi.



Idziemy dalej walcząc coraz bardziej z zimnem, oby był już wschód słońca myślę w duchu. O 6 zaczyna świtać, w końcu wschód. Ukazują nam się piękne lodowce Kilimanjaro.









Na szczycie jestem o 6:30 po chwili dochodzi reszta. Ludzi sporo, kolejka do robienia zdjęć. Ale w promieniach pięknego słońca jest już cieplej - albo to adrenalina, teraz już sam nie wiem. Gratulacje, zdjęcia i droga w dół.

















Na szczycie zbieram kamienie, ale szybko krzyczą przewodnicy, że nie wolno (cztery już miałem w plecaku :)). Na szczycie byliśmy pół godziny. Schodzimy, a w zasadzie zbiegamy po kamienistym stoku, wszędzie pełno wulkanicznego pyłu. Tempo szokująco szybkie. O 8:45 jesteśmy w Kibo - Zbyszek jest zaskoczony, ze szczytu zbiegliśmy w 1h 45min. Od razu do łóżek i spanie do 11, bo o 12 wychodzimy i schodzimy tego samego dnia do obozu 2.





Nawet nie wiem kiedy zasypiam.
Po ekspresowej drzemce zbieramy graty i w drogę na dół, jeszcze kilka zdjęć, ostatni rzut oka na bazę - już może nigdy jej nie zobaczę. Droga mija szybko. Dochodzimy do dwójki, rejestracja i do domku. Jeszcze tylko kąpiel w lodowatej wodzie i do wyrka - tej nocy nikt nie ma problemu z zaśnięciem.

22.08.2013 Wstajemy ok. 6. Słychać śpiewy przewodników/tragarzy którzy żegnają zdobywców - bardzo fajny zwyczaj. Śniadanko, obowiązkowo zdjęcia i udajemy się w drogę powrotną.





Pogoda nie najlepsza, od wysokości ok. 3500m wchodzimy w chmury, spada widoczność,a wraz z nią morale.





Zaczyna padać - w końcu las deszczowy. Krok za krokiem, krok za krokiem i ukazuje się druga strona napisu, który czytaliśmy kilka dni temu, wchodząc do parku: "EXIT Marangu Route".



Na twarzach wszystkich pojawiają się uśmiechy - jesteśmy zdobywcami Kilimandżaro! Jeszcze tylko formalności związane z wyjściem z parku, i zakupy kilku pamiątek. Korzystam z czasu, kupuję kartki pocztowe, znaczki i wysyłam, bo jest akurat skrzynka. Wiem, że na 99,9% kartki nie dojdą. Ponoć w związku z bardzo dużą biedą, ludzie na poczcie odklejają znaczki, aby można było je sprzedać jeszcze raz - pomimo tego próbuję (jak to piszę minęło już 4 tygodnie od wysłania i kartek nadal nie ma). Ładujemy się do naszego busa i wracamy do domu właściciela firmy przewodnickiej. Czeka nas tam miła niespodzianka - wręczono nam świeżo wyciskany sok oraz mokre ciepłe ręczniki do umycia twarzy, taka drobnostka, a jaki efekt. Każdy od razu staje się 5 lat młodszy (w tym momencie Justyna ma już 13 lat). W końcu prysznic, tym razem idę pierwszy, aby załapać się na ciepłą wodę, która nagrzewa się w czarnych plastikowych beczkach znajdujących się na dachach (lub na ich wysokości). Po oporządzeniu się zbieramy się na zewnątrz gdzie dostajemy certyfikaty potwierdzające zdobycie szczytu i zostaje odśpiewana nam piosenka (niezapomniane chwile!).



Po "ceremoniach" idziemy "na miasto", tam zaczepiamy o bar - choć ciężko nazwać to barem. Próbujemy tutejszego trunku - Konyagi. Oczywiście bardzo trudno odpędzić się od dzieci, które dostały prezenty (niestety nie wystarczyło dla wszystkich).





















Wracamy do domu na obiad i siedzimy do późna rozmawiając z przewodnikami, kucharzem i innymi miejscowymi. Czas umila tutejsza muzyka. W nocy budzi nas hałas tłuczącej się blachy na dachu - dźwięk padającego gradu. Grad w Afryce? Jak się okazało były to małpy które wymyśliły sobie zabawę "nie dać spać białemu".

Od tego momentu zaczyna się zwiedzanie czarnego lądu.

23.08.2013 Śniadanie i ruszamy na safari, oczywiście nie bez problemów, najpierw łapiemy gumę (nie wiadomo skąd na pustkowiu biorą się dzieci),















później urywamy wahacz. Niestety z safari tego dnia nici i lądujemy na nieprzewidzianym noclegu w... ulach.







Kilka słów o tamtejszych drogach. Drogi są budowane, ale niestety jest bardzo dużo dróg bitych z dużymi (często bardzo dużymi) dziurami. Wszystko byłoby dobrze gdyby kierowcy zwalniali, tutaj jednak tak się nie dzieje, no może ze 100km/h zwalnia do 80km/h. To samo jest przy przejeżdżaniu przez progi zwalniające. Jeśli jest próg bardzo duży to w końcu zwalnia i przejeżdża "ukosem" tak aby nie zarwać podwoziem. Co na to policja, której jest sporo na drogach... otóż nic. Jadą ludzie w 3 czy 4 na motorze - hmmm to taki standard. Jedzie bus ze stojącymi ludźmi w drzwiach - to normalne.













Kierowca zostawia nas w pobliżu noclegu i jedzie naprawić samochód. W tym czasie oglądamy okolicę i jedziemy do pobliskiej wioski trójdrzwiowym małym Land Roverem w 8 osób - w sumie to normalne. Zatrzymujemy się na zakupy pamiątek. Co do targowania się to zakup można uznać za udany jeśli kupi się przedmiot za 1/3 początkowej ceny lub mniej. Trzeba się targować - bardzo. Poniżej buty zrobione z opon samochodowych.







Często początkowo sprzedawcy chcą bardzo wygórowane kwoty. Tego dnia jeszcze tylko kolacja i nocleg w dziwnych domkach.

24.08.2013 Rano wstajemy skoro świt (w sumie jest jeszcze ciemno) i po śniadanku już naprawionym samochodem jedziemy na safari, do rezerwatu Ngorongoro. Jest to potężny krater z jeziorem na środku, gdzie żyje jeśli dobrze pamiętam 25 gatunków zwierząt. Na początku nasz kierowca jedzie ostrożnie, jakby testował naprawę (zastanawiam się czy nie skleił wahacza gumą do żucia). Jednak po chwili spokojnej jazdy wraca do trybu "wytłucz białych tak aby plomby z zębów im powypadały". Rezerwat piękny. Mnóstwo dziko żyjących zwierząt. Co ciekawe zwierzęta te są dużo większe od tych które widać w ZOO czy cyrku, robią ogromne wrażenie.























































Kończąc jazdę w kraterze wpadamy w dziurę i co... urywa się wahacz. Jedziemy znowu przechyleni na jedną stronę. Po drodze kierowca gubi jeszcze część tłumika, po który wraca (nas zostawia przy wejściu do parku) - oczywiście nie znajduje części, a my tracimy półtorej godziny.











Należy wiedzieć, że Afrykanom nie zależy na czasie, jak autobus spóźnia się o godzinę to nic się nie dzieje - dobrze, że jedzie. Nikt się tu nie piekli, nie denerwuje, nie dzwoni do dyspozytorów. Wszystko zgodnie z powiedzeniem "Przy stworzeniu świata Bóg dał Europejczykom zegar, a Afrykańczykom czas". Tego samego dnia wracamy do "domu" już innym samochodem - nasz znowu jedzie do naprawy (oby kowal tym razem się dobrze spisał). Podczas powrotu jemy czerwone banany i zatrzymujemy się w wiosce masajskiej. Początkowo nie wolno robić im zdjęć, ale za 5$ od osoby tańczą dla nas, a nawet wpuszczają nas do swoich chat. Straszna bieda, praktycznie wszyscy chodzą w "japonkach" robionych ze zużytych opon.











































Wracając Mirek wypatruje przy drodze... żyrafy :) - obowiązkowe zdjęcia.



W nocy dojeżdżamy do domu, upragniona kolacja i spanie.

25.08.2013 Z samego rana jedziemy na dworzec autobusowy.













Dziś czeka nas transfer (jak później sprawdziłem ponad 650 km), które kierowca pokonał w 7 godzin i 593 siwe włosy - dobrze, że głośna muzyka zagłuszała myśli i nieraz nasze słowa.



Pomimo szalonej jazdy nie zdążyliśmy na katamaran na wyspę i musieliśmy lecieć awionetką. Widoki za to piękne. Wieczorem lądujemy na Zanzibarze.









Meldunek w hotelu i obchód miasta.

26-29.08.2013 Czas ten spędziliśmy na zwiedzaniu, kąpielach w wodzie i słońcu, którego jak to na Afrykę przystało... było dość mało. Temperatury nie szalały (w Polsce było cieplej). Ostatniego dnia katamaranem wróciliśmy do Dar es Salaam, stamtąd samolotem do Doha (nocleg na lotnisku) i do Warszawy. A tutaj kilka fotek:







































































































Krótko podsumowując, cieszmy się, że mieszkamy w Polsce! Szkoda, że nasze programy telewizyjne nie pokazują prawdziwego życia na czarnym kontynencie, a jedynie piękne dzikie zwierzęta, wioski gdzieś głęboko w dżungli itp. U nas powinien być wprowadzony program wyjazdu naszych dzieci w wieku gimnazjalnym na wymianę do Tanzanii lub podobnego kraju, wtedy zobaczyłyby życie rówieśników i nie narzekały na to, że nie mają nowego modelu telefonu lub że Internet im słabo chodzi. Ludzie nie mają jedzenia w lodówkach... nie mają lodówek, ani prądu (nie mówiąc o laptopach, tabletach czy konsolach do gry)! Dzieci chodzą brudne, a kobiety w wioskach Masajów zazwyczaj nie myją się tylko... okadzają nad ogniskiem z dodatkiem ziół. Co do góry była to jedna z łatwiejszych w moim życiu, ale nie wolno jej lekceważyć (zresztą żadnej nie wolno)! Przygotowanie kondycyjne jest podstawą, technicznie jest bardzo łatwa, a wysokość... cóż każdy organizm odbiera ją indywidualnie.


FILM:









Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
Copyright 2009 www.lagozny.pl   Łagożny Łukasz